Aktywność w moim życiu

W późniejszych latach życia pracowałam w KGHM. Zakład pracy był organizatorem rajdów i różnego rodzaju wyjazdów. Pewnego razu podczas rajdu w Złotym Stoku w zakończeniu brały udział liczne grupy i organizacje. Jedną z atrakcji stanowiło wspinanie się na skałę w oprzyrządowaniu i kasku pod okiem ratowników. Zgłosiło się kilku mężczyzn, jednak oprócz mnie chęci nie wyraziła żadna kobieta. Wspinałam się na wysokość 200 m. Odłamki skały sypały się na kask, trzeba było umiejętnie wyciągać do góry rękę wraz z nogą (obie kończyny były połączone pasem), dla laika było to nie lada utrudnienie. Należało znaleźć kawałek wystającej skały, by móc ją uchwycić ręką, a jednocześnie podniesioną nogą namacać jakiś dołek, który pozwoliłby postawić nogę – i tak krok po kroku. Nie było to łatwe zadanie, w szczególności dla kobiety. Czułam strach i adrenalinę, ale później miałam satysfakcję, że pokonałam cały odcinek.

Aktywność fizyczna ma w życiu ogromne znaczenie. Gdy młody człowiek uprawia sport, obojętnie, jaką dyscyplinę, uczy się współpracy z rówieśnikami i brania odpowiedzialności za grupę. Takimi sportami są szczególnie akrobatyka z wykonywaniem piramid, gimnastyka artystyczna, kolarstwo i wiele podobnych konkurencji, w których grupa pracuje na jednego, a jeden na grupę i wszyscy się wspierają. W dorosłym życiu to zaprocentuje – i nie mam na myśli tylko sprawności fizycznej, jaką młody człowiek sobie wypracował.

Ja w latach młodości uprawiałam lekkoatletykę, gimnastykę i akrobatykę. Do dzisiaj jestem osobą energiczną i aktywną społecznie. Nigdy nie spóźniałam się do pracy; nawet kiedy odprowadzałam jedno dziecko do żłobka, a drugie do przedszkola, jako pierwsza otwierałam drzwi biura, w którym pracowało nas siedem pań. Choć obracałam dużą gotówką w zakładzie pracy, nigdy nie miałam manka i rozliczałam się sumiennie, co do grosza. Uważam, że to dzięki cechom, które nabyłam, gdy w młodości uprawiałam sport.

Kiedy miałam 17 lat, zdobyłam wicemistrzostwo Dolnego Śląska w akrobatyce sportowej, a dla zakładu pracy wywalczyłam siedem medali w lekkoatletyce, w rozgrywkach międzyzakładowych, które odbywały się raz w roku. W wieku średnim należałam do PTTK i uprawiałam turystykę pieszą. Chodziliśmy wtedy po Karkonoszach, Tatrach i Beskidach.

W wieku 55 lat zrezygnowałam z tej turystyki ze względu na męża, który przeszedł bardzo poważną operację na otwartym sercu. Do dzisiaj należę do kościelnej wspólnoty, w której jestem aktywna. Organizowaliśmy festyny i pielgrzymki, a ja udzielałam się również jako wolontariuszka. Wykorzystując swoje umiejętności w nawiązywaniu kontaktów, pomagałam ludziom pokrzywdzonym przez los. Przy kościele byłam organizatorem przedstawień patriotyczno-religijnych, które odbywały się co roku 11 listopada.

Obecnie mam 68 lat. Dwa lata temu podjęliśmy z mężem decyzję o budowie domu jednorodzinnego. Wprawdzie mąż nie był tym pomysłem zachwycony, ale ja wierzyłam, że ponieważ mam jeszcze taką niespożytą energię, jestem w stanie podołać temu wyzwaniu. Wszyscy znajomi uważali, że porywamy się z motyką na słońce. Nie dowierzali, że się wybudujemy w takim wieku. Wprowadziliśmy się do naszego domku rok temu, gdy mężowi brakował miesiąc do ukończenia siedemdziesiątki. Teraz znajomi odwiedzają nas i podziwiają, zniknął problem pomieszczenia całej rodziny, tj. dzieci i wnuków (a rodzinę mamy dużą), podczas świąt i spotkań. Jestem szczęśliwa, że mam swój cudowny ogród z kwiatami, zieleń wkoło domu i śpiew ptaków. Zawsze kochałam przyrodę i podziwiałam jej piękno. Pracy w ogrodzie jest dużo, więc chociaż obecnie nie uprawiam żadnych sportów, aktywności mi nie brakuje, a mężowi sporo ruchu zapewnia koszenie trawników.

Nie siedzę na emeryturze! Należę do uniwersytetu trzeciego wieku, zajmuję się malarstwem. W szczególności jesienią i zimą z utęsknieniem oczekuję wiosny, śpiewu ptaków i barwnych kwiatów w ogrodzie. Żyjąc w kontakcie z przyrodą i ludźmi, którzy chętnie nas odwiedzają, jestem szczęśliwa. Wszyscy się dziwią i pytają, skąd ja czerpię tyle energii…

Krystyna Nerlo, Bartoszów